Reklama
  • Piątek, 13 marca 2015 (14:05)

    Polka w czasach wolności

Dobrze zna problemy kobiet, bo od kilkudziesięciu lat zwierzają się w jej gabinecie z intymnych tajemnic. Jak ostatnie 25-lecie zmieniło nasze życie? O czym marzą Polki? Czego się boją? Jakie są w pracy, w domu, w sypialni? O tym, co czas wolności nam dał, a co zabrał, mówi Zofia Milska-Wrzosińska, szefowa Laboratorium Psychoedukacji, jedna z najbardziej doświadczonych polskich psychoterapeutek.

Twój Styl: Ostatnich 25 lat więcej Polkom dało czy zabrało?

Reklama

Zofia Milska-Wrzosińska: Na pewno dało im więcej wolności i autonomii, ale też więcej odpowiedzialności. Polki są mniej skłonne uznawać za główny kobiecy obowiązek służbę innym (partnerom, dzieciom, szefom, rodzicom). Bardziej przeżywają siebie jako oddzielne istoty z własnymi pragnieniami i wyborami.

TS: Po tych 25 latach uczenia się wolności kobiety są szczęśliwsze niż dawniej?

ZMW: Nie wiem, jak by tę „szczęśliwość” z perspektywy gabinetu psychoterapeuty mierzyć. Na pewno są w procesie zmiany między konserwatyzmem a nowoczesnością, poświęcaniem się dla innych a byciem sobą.

Czasem się złoszczą, że świat nie sprzyja ich aspiracjom: pracodawca wymaga ciągłej dyspozycyjności, partner nie potrafi jednocześnie dużo zarabiać i mało pracować, a dziecko zamiast cieszyć się półgodzinnym „quality time”, rozpacza z niewiadomych powodów.

Jeśli czują satysfakcję jako matki, martwią się zmarnowanymi – ich zdaniem – szansami zawodowymi. Z kolei sukces w pracy na ogół jest okupiony poczuciem winy z powodu niewystarczającego oddania rodzinie. A jeśli i tu, i tam jakimś cudem czują się spełnione, to wyrzucają sobie, że mogłyby więcej czytać, inaczej się odżywiać, pilniej ćwiczyć, lepiej wyglądać.

TS: Skąd bierze się w nas ta skłonność, żeby ciągle coś sobie wyrzucać?

ZMW: „Mogę żyć, jak chcę, mieć takie powinności, na jakie wyrażę zgodę, próbować wszystkiego, czego mam ochotę spróbować” – to hasła nowej epoki. Ale jednocześnie większość ponowoczesnych kobiet, które kierują się tymi hasłami, ma wciąż w głowie, sercu lub sumieniu tradycyjne kobiece zobowiązania: zadowolony mąż, dzieci dobrze wychowane, rodzina zdrowa, dom ogarnięty, ona sama piękna i czuła.

Stąd ciągłe wątpliwości: co jest egoistyczne, a co sprawiedliwe? Czy wspierać męża w karierze, biorąc na siebie tradycyjne „kobiece” obowiązki, czy żądać relacji bardziej partnerskiej? Czy da się kochać partnera, który mało zarabia, ale np. jest świetnym ojcem? Czy dbać o swój rozwój, nie wiązać się, a ewentualne, raczej samotne macierzyństwo odłożyć na przyszłość?

Jak pisał Fromm, wolność to trudny dar. Może powodować chęć ucieczki, zawrót głowy i destrukcyjne zachowania. Dziś dotyczy to szczególnie kobiet, bo to przed nimi otworzyły się nowe perspektywy. Dlatego coraz częściej u Polek występują depresje, alkoholizm, objawy lękowe. Młode dziewczyny trafiają na terapię z zaburzeniami odżywiania, uzależnieniami, nadmierną agresją lub bezradnością wobec przemocy. Te zjawiska w ciągu ostatnich lat się spotęgowały.

TS: Z czym mają problem młode dziewczyny? Przecież nie dręczą się jeszcze dylematami w stylu: kariera czy rodzina?

ZMW: Ale czują się niepewnie w świecie bez jas- nych wytycznych. Skoro wszystko mogę, jak mam żyć? Jak moja matka, która wciąż narzeka i z niczym się nie wyrabia? Jak moja przyjaciółka, która podoba się wszystkim chłopakom? Czy jak pani, która nie bardzo wiadomo kim jest, ale dostaje dużo lajków? Matki tych dziewczyn nie zawsze są pomocą dla zagubionych córek, bo zadają sobie podobne pytania.

TS: Wygląda na to, że najtrudniejszym zadaniem w naszej rzeczywistości jest ustalenie odpowiedzi na pytanie „czego chcę?”.

ZMW: Pewnie za jakieś 50 lat, gdy nowe wzorce kobiecości i męskości się ustabilizują, kobiety będą miały łatwiej. Ale dziś uczestniczymy w naturalnym eksperymencie społecznym.

TS: Od kilkudziesięciu lat słucha Pani opowieści pacjentów o ich życiu, problemach, emocjach. W ostatnich latach w ich zwierzeniach pojawiły się jakieś nieznane dawniej wątki?

ZMW: Zbiór spraw, z którymi ludzie przychodzą do psychoterapeutów, pozostaje zasadniczo niezmienny. Ale są nowe zjawiska, na przykład iluzja sporej grupy Polek, że można i należy w pełni kontrolować swoje życie. Takie kobiety chcą zapanować nad wszystkim i nie przyjmują do wiadomości, że ich plany coś może ograniczyć. Choćby biologia czy cudza psychika. Życie taką iluzję prędzej czy później weryfikuje.

Wiele powiedziano o pułapce planowania związku po trzydziestce czy macierzyństwa po 35. roku życia, gdy okazuje się czasem, że ciąża, pomimo starań, się nie pojawia, a kobieta czuje się oszukana przez los. Wśród potencjalnych partnerów wybór też jakby mniejszy niż 10 lat wcześ niej. Nie namawiam, by koniecznie mieć rodzinę i decydować się na to bardzo młodo. Opisuję tylko sytuację, gdy kobieta sądzi, że zrealizuje swój plan wtedy, kiedy będzie chciała, dokładnie wedle swojego scenariusza.

Kiedyś dziecko mogło się „zdarzyć” i trzeba je było jakoś wpleść w swoje życie. Teraz to jest raczej zaplanowany moment, gdy wszystko ma już być gotowe: finanse, sukces zawodowy, wiedza wychowawcza, niemożliwie doskonały partner...

TS: Może to dobrze, że po wielu pokoleniach Polek przekonanych, że nic od nich nie zależy, pojawiło się takie, które myśli „wszystko ode mnie zależy”?

ZMW: Ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. A przywiązywanie się do takich przekonań naraża na rozczarowania.

TS: Na terapię wciąż zgłasza się więcej kobiet niż mężczyzn?

ZMW: Tak, ale liczba zgłaszających się mężczyzn stale rośnie. U nas w Laboratorium Psychoedukacji te proporcje wynoszą dziś około 40 do 60 procent.

TS: Pewnie jest jakiś zbiór wspólny problemów, z którymi zgłaszają się pacjenci obu płci, ale ciekawi mnie, czy są problemy typowe tylko dla kobiet i tylko dla mężczyzn?

ZMW: Większość osób, niezależnie od płci, sprowadzają do gabinetu psychoterapeuty tzw. problemy relacyjne, czyli to, że ktoś nie potrafi kontaktować się z innymi tak, by mieć z tego więcej dobrego niż złego. Ktoś taki albo nie może stworzyć związku, albo nie umie w nim funkcjonować, albo jego związek przechodzi kryzys.

Ewentualnie ma problemy z dziećmi, współpracownikami lub przełożonymi. Tyle że mężczyzna częściej zgłasza się z motywacją rozwojową, mówiąc np.: „jestem tu, bo szef mi powiedział, że na moim stanowisku powinienem poprawić umiejętności komunikacyjne”.

Albo: „żona chce się rozwieść, nie wiem, o co chodzi, ale chętnie się tego od pani dowiem”. A kobieta powie raczej: „życie mi się nie układa, związek mi się rozleciał, córka wyjechała do Irlandii, boję się, że zostanę sama”. Czyli mężczyzna w swoim przekonaniu przychodzi raczej „się doskonalić”, a kobieta poradzić sobie z trudnościami. I jeszcze jedno, mężczyźni częściej przychodzą „sprowadzeni” przez kobiety.

TS: Kobiety sukcesu też się pojawiają na terapii czy nie mają na coś takiego czasu?

ZMW: Większość pacjentek prywatnych ośrodków psychoterapeutycznych można by określić jako kobiety sukcesu, czyli takie, które uzyskały korzystną, według siebie, pozycję finansową czy społeczną. Co ciekawe, te kobiety częściej niż kiedyś mówią o rywalizacji z mężczyznami. Przed laty więcej było opowieści o tym, że przeżywają konflikt z niemiłą koleżanką z pracy. A teraz coraz częściej wrogiem bywa mężczyzna. I chcą nad nim zatriumfować.

TS: Znikają też chyba pewne ograniczenia związane z postrzeganiem swojego wieku. I tego co w nim wypada albo nie wypada. Niedawno pewna reżyserka opowiedziała mi, że po ukończeniu 45 lat całkiem serio myślała o tym, żeby zapisać się na medycynę, o której marzyła w młodości. Była już nawet w dziekanacie, sprawdziła, że to jest możliwe, rozmawiała z mężem... Spotyka Pani kobiety, które, powiedzmy po czterdziestce albo i później, myślą o rewolucji w swoim życiu?

ZMW: Spotykam. Sporo. Zresztą nie tylko kobiety. Obserwuję to zjawisko również w Laboratorium Psychoedukacji. Szkolimy psychoterapeutów. To są czteroletnie, kosztowne studia, wymagające dużego zaangażowania osobistego, odbycia wielomiesięcznych staży szpitalnych, własnej terapii itp. I część osób, które przyjmujemy, to właśnie ludzie w okolicy czterdziestki, pięćdziesiątki. Najstarsza kandydatka miała lat 62. Niektórzy nasi studenci mają pozycję zawodową, ale chcą w życiu zrobić jeszcze coś innego. Dlatego 45-letnia reżyserka, która chce zostać lekarzem, nie dziwi mnie wcale.

TS: Ale to chyba tylko specyfika pewnych środowisk wielkomiejskich?

ZMW: Już nie tylko. Niedawno koleżanka psychoterapeutka, która ma rodzinę na prowincji, opowiadała mi o pięćdziesięciolatce ze wsi, która przez lata żyła z mężem alkoholikiem i znosiła pokornie jego przemoc fizyczną i psychiczną. I nagle, kiedy kolejny raz wszczął awanturę, zadzwoniła po policję. A potem poszła za ciosem: przeprowadziła rozwód, wyprowadziła się z domu, zbudowała nowy na ojcowiźnie i założyła profesjonalną hodowlę ziół, z czego obecnie żyje. 25 lat temu byłoby jej pewnie znacznie trudniej podjąć takie decyzje.

TS: A dla Pani te ostatnie 25 lat jaki to był czas?

ZMW: Bardzo ważny, bo przeszłam w nim do innej kobiecej kategorii. Jeśli 25 lat temu ktoś opisywałby mnie obcej osobie, która, dajmy na to, miałaby mnie odebrać na dworcu, to powiedziałby pewnie coś takiego: młoda, energiczna, czarne długie włosy. A dziś? „Młoda” już by na pewno nie powiedział, ale „staruszka”, „babcia”? No też nie. Kiedyś dość jednoznacznie przechodziło się ze statusu „młoda” do „stara”. To nieokreślone „pomiędzy” było słabo zauważalne. Może jeszcze przez chwilę było się stateczną matroną, ale bez uprawnień młodości. A obecnie pojawiła się kategoria „nie wiadomo czego”.

To kobiety, które jeśli tylko mają siłę i chęć, mogą robić to, co młodzi, a z drugiej strony czerpać ze swojego wieloletniego doświadczenia. Jest takie powiedzenie: „Gdyby młodość wiedziała..., gdyby starość mogła...” Ta nowa grupa „pomiędzy” to właśnie kobiety, które już wiedzą i jeszcze mogą... Wypada im mieć swoje przyzwyczajenia i wymagania, ale mogą też ulegać kaprysom, nie muszą być wciąż rozsądne i nudnie przewidywalne. Ja swoje kaprysy pielęgnuję. Parę dni temu wzruszyłam się ponownym ślubem zaprzyjaźnionej amerykańskiej psychoterapeutki Nancy McWilliams, lat 68. I z tego wzruszenia postanowiłam polecieć do Filadelfii na jej ślub. A parę lat temu może pomyślałabym: no gdzie tam! Lecieć przez ocean na ślub?

TS: A są jakieś zjawiska w naszym „nowym wspaniałym świecie”, które Panią jako psychologa szokują? Na przykład pojawia się pacjentka i opowiada o tym, że żyje w poliamorii?

ZMW: (śmiech) A co by tu mnie miało szokować? Chyba tylko to, że zjawisko wywołuje ostatnio tyle ekscytacji. Pojawiają się wywiady, w których młoda osoba zawiadamia, że ma narzeczonego oraz kochanka, narzeczony ma żonę, a kochanek partnera i trzy córki z poprzednich związków. I wszyscy są, proszę sobie wyobrazić, bardzo szczęśliwi. Mnie to trochę śmieszy, trochę wzrusza, gdy widzę, jak młodzi odkrywają swoją Amerykę, przeżywając zjawiska stare jak świat. No i wiem, będąc bardzo już dorosła, że zbyt długo w tym układzie szczęśliwi nie będą, a w każdym razie nie wszyscy z nich. Poprzednią odsłoną tego, co dziś nazwano poliamorią, była hipisowska wolna miłość w komunach.

TS: Pani przeżyła okres hipisowskich szaleństw? Znani psychoterapeuci z Pani środowiska opowiadali o komunach, w których żyli itp.

ZMW: To oczywiście istniało wokół mnie. Moi starsi o kilka lat koledzy i koleżanki testowali na sobie układy, w których było kilkoro partnerów, a potem wspólnie wychowywało się dzieci z tych związków, choć nie zawsze było jasne, kto jest ojcem. Ja jednak raczej nie byłam podatna na ideologiczne uwiedzenia. Zdawało mi się, że o ile mężczyźni mają tu może jakieś doraźne korzyści, to dla większości kobiet taki układ musi być szkodliwy, bo wbrew pozorom utwierdza je w tradycyjnej roli – służyć innym. Tyle że ta służba na czym innym wówczas polegała. Czas potwierdził, że miałam rację.

TS: W młodości nie było w Pani potrzeby eksperymentowania z rzeczywistością, buntu?

ZMW: Była, ogromna. Ale ja nie miałam potrzeby, żeby buntować się obyczajowo, bo wszystko, co trzeba, w tym względzie zrobiła za mnie moja matka. Będąc dziewczyną z konserwatywnej mieszczańskiej rodziny, żyła w nieślubnym związku jeszcze przed wojną. Ja również urodziłam się „nieślubnie”, na czym o tyle skorzystałam, że miałam dwóch ojców, biologicznego i formalnego. I obaj mieli swoje ojcowskie zalety.

Przypuszczam, że gdybym nawet chciała się w komunie hipisowskiej znaleźć, matka by ze mną nie walczyła. Pewnie zatroszczyłaby się o to, czy czuję się kochana i czy nikt mnie nie krzywdzi. No i czy pamiętam o antykoncepcji. Może dlatego buntowałam się inaczej.

TS: Jak?

ZMW: Dość kłopotliwie dla otoczenia i nie zawsze mądrze. Nie znosiłam nieuzasadnionych reguł czy przymusu. Atakowałam dogmaty i konwencje. Nie mogłam zaakceptować autorytetów formalnych, jeśli nie wzbudzały mojego szacunku. Wchodziłam więc w ciągłe konfrontacje. Od najmłodszych lat byłam awanturnicą. Nie bałam się sporu, walki, ostrej dyskusji, kompromis przeżywałam jak porażkę. Wytykałam nauczycielom niekonsekwencję.

Z powodu „pyskowania i bezczelności” przeniesiono mnie raz karnie do innej klasy, a potem do innej szkoły. Myślę, że musiałam być dość nieznośną i przemądrzałą smarkulą. I coś z tego ducha niezgody zostało mi na stałe.

TS: Jest jakieś wydarzenie pozazawodowe z ostatnich 25 lat szczególnie dla Pani ważne?

ZMW: Jest ich wiele. Jedna z moich córek, która w trudnych latach 80. urodziła się z zaawansowanym niedosłuchem, zamieszkała z mężem za granicą, gdzie bez problemu porozumiewa się w obcym języku, wychowuje dwie córeczki, prowadzi samochód w ruchu lewostronnym i nieprzerwanie rozwija się w wielu dziedzinach.

Jestem z tego dumna, bo wbrew krytyce specjalistów zdecydowaliśmy się z mężem wychowywać ją jak resztę rodzeństwa i teraz to procentuje. Urodziłam też w tym czasie czwarte dziecko, moją najmłodszą córkę, teraz już dość dorosłą wspaniałą dziewczynę, która zajmuje się z pasją niemal zupełnie obcymi mi dziedzinami: studiuje neurokognitywistykę i uprawia zawodniczo ultimate frisbee, cokolwiek to oznacza.

TS: W ciągu tych 25 lat rodziły się też Pani wnuki.

ZMW: Mam ich siedmioro. Gdy najstarszy, szesnastoletni, złożył mi życzenia z okazji Dnia Babci, poczułam się nieswojo, bo to masywny bejs- bolista o jakieś 30 cm i 50 kg większy ode mnie. W ciągu tych lat odbyły się też śluby trojga z moich czworga dzieci, w tym syna – na plaży w Dębkach.

Dziś nie brzmi to niezwykle, ale wtedy, na początku nowego tysiąclecia, skłonienie gminy, by jeden z urzędników udał się na plażę i poprowadził ceremonię, graniczyło z cudem. Godło, które okazało się na tej plaży dla urzędnika konieczne, wypożyczył nam mój były zięć, wówczas prezydent miasta. Zamiast sukna na stole położyliśmy płótno żaglowe, a urzędnik i tak narzekał, że nie ma kwiatów. Sytuację uratowała zaprzyjaźniona pani scenograf, która pobiegła na wydmy i z jakichś nielicznie rosnących tam mikrych roślinek zrobiła artystyczny bukiet. Cała ta sytuacja też jest jakąś ilustracją wolności, którą dostaliśmy po ’89 roku, bo wcześniej taka „fanaberia” przecież w ogóle nie byłaby możliwa.

Inny ważny prywatny moment to rozwód najstarszej córki i wspólna decyzja jej i byłego męża, by trzech synów objąć tzw. opieką naprzemienną: tydzień u matki, tydzień u ojca. To wystawiło na próbę mój liberalizm i idee równościowe – nie było mi łatwo uznać, że co drugi tydzień chłopcy będą w zasadzie bez matki.

TS: Mówiąc o ważnych momentach, opowiada Pani o dzieciach, wnukach. A wzięła Pani coś z tej wolności dla siebie?

ZMW: Ja ze względu na mój buntowniczy temperament czułam się w miarę wolna i przedtem. Owszem, „paszport w szufladzie” dał mi swobodę podróżowania. Jeżdżę dużo prywatnie i służbowo, z mężem, z dziećmi, z wnukami. Wnuki tradycyjnie zabieram po kolei do Paryża, gdy tylko któreś skończy sześć lat.

Mam sentyment do Francji, bo bywałam tam w dzieciństwie. Od kilkunastu lat mogę też wreszcie lubić moje miasto, Warszawę. Nie tylko kochać ją za to, że tyle wycierpiała podczas wojny, ale i cieszyć się, że jest dziś atrakcyjna, barwna i ekscytująca. Z drugiej strony martwi mnie, że wspaniali ludzie, którzy jeszcze 25 lat temu zdawali mi się nieśmiertelni, dziś odchodzą.

TS: W ciągu tych 25 lat zaszła w Pani jakaś radykalna zmiana?

ZMW: Radykalna raczej nie. Może stałam się bardziej konserwatywna, więcej słucham muzyki poważnej. Do opery, kiedyś przeze mnie lekceważonej, chodzę z upodobaniem. Teatr też wolę wystawiony z uczuciem i myślą, nie z manierą. Nużą mnie i śmieszą powtarzające się teatralne czy operowe interpretacje w duchu uproszczonej teorii psychoanalitycznej. Moja awangarda za czasów studenckich to był Swinarski, Axer, Krasowscy, Grzegorzewski, może ujawnia się we mnie jakiś estetyczny konserwatyzm? Może to symptomy zmian starczych? (śmiech)

TS: A jest coś, co Pani zrobiłaby dziś inaczej niż kiedyś, bogatsza o doświadczenie ostatnich 25 lat?

ZMW: Teraz to mi się zdaje, że mogłam urodzić jeszcze tak z dwójkę dzieci, postudiować medycynę albo literaturę, napisać kilka książek. A bardziej realistycznie: pewnie mniej walczyłabym z dziećmi o takie rzeczy jak porządek w pokoju czy papierosy, które jedna z córek zaczęła palić w wieku 15 lat. P

o latach widzę, że były to sprawy niewarte sporów. Co więcej, mam wrażenie, że gdybym walczyła mniej, to córka, obecnie trzydziestoparoletnia, może by sobie to palenie odpuściła. A tak w ramach oporu wobec mojej stanowczości pali i jeszcze mówi, że to przeze mnie. Odpowiadam jej wtedy, żeby mnie nie obciążała swoimi łatwymi wyborami. (śmiech)

TS: Slang psychologiczny w Pani domu był stale obecny? Rodzic niepsycholog nie użyłby zwrotu o „obciążaniu łatwymi wyborami” w rozmowie z dzieckiem.

ZMW: Trochę obecny był, ale raczej na zasadzie autoironicznej gry. Dzieci zresztą szybko ten slang podchwyciły i przerzucały się nim ze mną z wprawą. Ale nie byłam psychoterapeutką swoich dzieci w życiu codziennym.

TS: A męża?

ZMW: Mąż twierdzi, że nie rozumie, jak kobieta, która zajmuje się psychoterapią par, może czasem być tak trudną żoną. No cóż, on jest operatorem filmowym, a nie kręci filmów z naszych uroczystości rodzinnych.

TS: Gdzie Pani chciałaby być za pięć, dziesięć lat?

ZMW: Trochę tutaj, trochę w różnych miejscach na świecie. Jak większość ludzi potrzebuję dużego miasta, ale ono czasem mnie męczy. Chyba ważniejsze od tego „gdzie” jest dla mnie: w jakiej kondycji. Zaczęłam szanować banalne życzenie: „no i zdrowia, zdrowia przede wszystkim”. Może chciałabym mieć trochę więcej czasu, żeby częściej podróżować po świecie, oglądać wystawy, spotykać przyjaciół albo napisać coś o moich doświadczeniach zawodowych.

Dużych zmian nie planuję, bo wydaje mi się, że i tak miałam wiele szczęścia w życiu, różne rzeczy mi się udały, chciałabym móc teraz z tego spokojnie korzystać.

TS: A jest jakaś rada, którą dałaby Pani kobietom na kolejne 25 lat? Żeby łatwiej było im iść przez życie i radzić sobie z trudnymi emocjami?

ZMW: Tylko jedną. Warto rozwijać odwagę do walki, gdy trzeba, i gust do przyjemności, gdy można.

Rozmawiała Anna Jasińska

Laboratorium Psychoedukacji zaprasza na coroczne Dni Otwarte 8–10 maja 2015, na których będzie można skorzystać z nieodpłatnych konsultacji, warsztatów i wykładów. W tym roku hasło dni to „Rozwój, związek, rodzicielstwo”. Więcej informacji na stronie www.lps.pl

Więcej na temat:laboratorium | Pani | Zofia

Zobacz również

  • Wkrótce po ślubie mój syn wydawał się szczęśliwy. Teraz jednak coraz częściej młodzi się kłócą. Synowa nieustannie go krytykuje i ma mu coś do zarzucenia. Widzę, że on traci cierpliwość. Mojemu... więcej

Wasze komentarze: 1,

przeczytane przez: 3 osoby Dodaj komentarz
Bruno

~Bruno -

Z całym szacunkiem, ale to jak mówienie, że np. kobieta nie może kochać kobiety i taki związek/relacja wcześniej czy później się rozpadnie.